niedziela, 1 września 2019

Rekonesans po Bałkanach. Albania.

Bałkany to taki wyznaniowo-narodowościowy tygiel Europy. Nie jest on zbytnio stabilny i często staje się zarzewiem konfliktów międzynarodowych. Tutaj swoje korzenie miały wybuch I Wojny Światowej, krwawy w skutkach rozpad Jugosławii, czy ostatnio oderwanie części terytorium Serbii skutkujące powstaniem spornej Republiki Kosowa. Pomimo tej niestabilności, z uwagi na swoje geograficzne położenie i klimat, Bałkany stanowią jeden z najczęściej wybieranych kierunków urlopowych. Prym wiodą kraje nadmorskie, wśród których przoduje Chorwacja. Przy niej Albania to taki zaścianek.

Podobnie jak niegdyś Polska, Albania była krajem komunistycznym o gospodarce planowanej centralnie. Podobno jeszcze w latach 80-tych istniał zakaz posiadania samochodów przez obywateli 😨. Współcześnie stanowi republikę parlamentarną, należy do krajów rozwijającym się, ale wciąż pozostaje bodaj najbiedniejszym państwem bałkańskim. Dysponuje jednakże atutami, którymi niejedną osobę mogłaby zaskoczyć. Przykładowo miłośnikom obiektów militarnych może zaoferować ewenement na skalę europejską a sądzę, że i na światową - setki tysięcy(!) maleńkich bunkrów, które zostały na terenie całego kraju wybudowane w najdziwniejszych miejscach przez okres ustroju komunistycznego, w większości za rządów Envera Hodży.

Kujtima Çashku, scenarzysta i reżyser filmu fabularnego "Pułkownik bunkier", opisał to w następujący sposób:
O dyktaturach z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki czy z Europy wiemy już właściwie wszystko. Tylko albańska wersja jest wciąż zakamuflowana. Nie było bowiem dotychczas takiego kraju na świecie, w którym każda rodzina miałaby własny bunkier. W poprzednim systemie przez dwa dziesięciolecia w Albanii, liczącej ok. 3 mln mieszkańców, wybudowano aż 400.000 bunkrów. Czy to nie zbiorowa paranoja ?

W swoim filmie staram się więc odpowiedzieć na pytania: skąd się bierze permanentny lęk i w imię czego niszczy się ludzkie wartości? To bilans poprzedniego systemu. Za pomocą rozsądku i rozumowania nie da się jednak rozszyfrować wszystkich naszych narodowych tajemnic.

środa, 11 lipca 2018

W namiocie na kółkach nad wybrzeże wattowe.

Postanowiliśmy nawdychać się nieco jodu i udać nad morze. Konkretnie nad Morze Północne, które w większości swojego przebiegu posiada to, czego nie posiada Bałtyk - wybrzeże wattowe. Ale tym razem wycieczka nie na rowerach.

piątek, 15 września 2017

Przez Kanadę rowerem: Cel osiągnięty! Podsumowanie.

wizualizacja przebytego dystansu


Nasza wielka wyprawa rowerowa przez Kanadę dobiegła końca. Trwała 5 miesięcy i w ciągu tego czasu pokonaliśmy dystans 6187 km przemierzając 5 prowincji. Przekroczyliśmy 3 strefy czasowe i poznaliśmy dziesiątki przyjaznych osób. Sama jazda rowerem zajęła nam 408 godzin i 53 minuty a każde z nas straciło po równo 10 kilogramów masy swojego ciała. Zużyliśmy 5 rowerowych opon i niezliczoną ilość razy łataliśmy dętki. Prędkość na trasie wyniosła odpowiednio: największa 72 km/h ("z górki" w Kolumbii Brytyjskiej), a średnio dziennie 15 km/h. Najkrótsza przebyta dzienna odległość to zaledwie 11 km, najdłuższa zaś 124 km. Średnio pokonywaliśmy każdego dnia jazdy dystans równy 62 km.

środa, 26 lipca 2017

Przez Kanadę rowerem: Góry, góry, góry! Kolumbia Brytyjska.


Kolumbia Brytyjska wita nas hasłem "najlepsze miejsce na ziemi" (The Best Place On Earth). Wzdłuż drogi rosną wysokie, gęste lasy iglasto - liściaste. Ma się niemal wrażenie, że chcą one ścisnąć i pochłonąć wijącą się wśród nich drogę. Gdzieś z tyłu majaczą wierzchołki gór. Gdy pas lasu przestaje zasłaniać widoczność, zaczynasz rozumieć sens nazwy Góry Skaliste. Nie ma przedgórza. Ogromne, strome szczyty z poszarpanymi zboczami wystrzeliwują w górę wprost z powierzchni gruntu. Wszystko to wygląda niezwykle surowo i majestatycznie. Jesteśmy oczarowani.

środa, 5 lipca 2017

Przez Kanadę rowerem: Wrota do gór. Alberta.

Alberta posiada to wszystko, co rozrzucone jest po innych prowincjach kraju. Napotkasz tu zatem lasy, jeziora, długie i płaskie przestrzenie oraz góry. Hmm, no dobrze, nie ma dostępu do oceanu. Ale jest ropa naftowa! Mnóstwo ropy. Mieszkańcy Alberty uwielbiają więc wszelkiego rodzaju "zabawki", które są dzięki ropie zasilane. Od motocykli i samochodów, przez campery i motorówki po sprzęty modelarskie. Być może też z uwagi na bogactwo ropy, Alberta jest jednym z czterech administracyjnych terenów, w którym nie płaci się podatku prowincjonalnego. Bo w Kanadzie nie istnieje podatek od towarów i usług znany w Polsce jako VAT. Ceny w Kanadzie podawane są zawsze netto. Bez znaczenia czy to sklep stacjonarny, punkt usługowy czy sprzedaż internetowa. Do ceny netto zawsze dolicza się podatek federalny (krajowy), który w wysokości 5% jest równy dla wszystkich prowincji oraz w niektórych prowincjach czy terytoriach - podatek prowincjonalny. Ten akurat jest różny i zależny od polityki podatkowej danej prowincji. I tak w Saskatchewan zapłacimy dodatkowo podatku prowincjonalnego 5% a w Brytyjskiej Kolumbii 8%. Najwyższy podatek prowincjonalny określony na 10% pobierany jest we wschodnich prowincjach: Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik, Nowa Funlandia i Labrador oraz Wyspa Księcia Edwarda. My przez żadną z tych najdroższych nie przejeżdżaliśmy 😁.

środa, 28 czerwca 2017

Przez Kanadę rowerem: A co Wy tam jecie? Plus słów kilka o palniku wielopaliwowym.

Ten wpis adresowany jest do tych wszystkich osób, którzy o przygotowywaniu posiłków podczas dłuższej czy krótszej podróży wiedzą mało lub nic. Do tych, którzy również chętnie wybraliby się na jakąś wyprawę ale nie wiedzą, jak to jest pod kątem wyżywienia. Często w ich wyobrażeniach podróżujący jawią się jako "hardcory", osoby jedzące jakieś robaki czy inne wynalazki lub jako niedojadające czy wręcz głodujące albo przeciwnie - muszące wydawać fortunę na żywność. Ale to błędne rozumowanie. Wyjaśnijmy więc, co my tam jemy 😉.

niedziela, 25 czerwca 2017

Przez Kanadę rowerem: To samo a jednak inaczej. Na preriach Saskatchewan.

O ile Manitoba nie powitała nas zbyt przyjaźnie, przeganiając (z wykorzystaniem strażników parku) już w późnej porze z miejsca odpoczynku, tutaj w Langenburg, pierwszej miejscowości po przekroczeniu granicy, zostajemy zagadnięci przez akurat przejeżdżającą samochodem obok nas parę, która specjalnie z naszego powodu się zatrzymała i po krótkiej rozmowie zaprosiła nas na swoją farmę. Zaproszenie przyjęliśmy, ponieważ właśnie szukaliśmy miejsca do rozbicia namiotu. Zatem nie szukając już więcej pojechaliśmy na farmę a tam otrzymaliśmy pokój do wyboru, kolację, śniadanie i poranne oprowadzenie po włościach. Nasi przemili gospodarze - Maureen i Dave, okazali się właścicielami ziemi o powierzchni 3 tys. ha. Jak sami się określili, należą do grupy mniejszych obszarników w Saskatchewan 😱.

niedziela, 11 czerwca 2017

Przez Kanadę rowerem: Jak na stole, czyli prerie. Manitoba.

A więc zaczęły się tak wyczekiwane prerie. Wyczekiwane, bo na preriach jest płasko a my nieźle dostaliśmy w kość podczas jazdy przez obszary skaliste, gdzie było: góra - dół, góra - dół. Ale gehenna się wreszcie skończyła 😀.

środa, 24 maja 2017

Przez Kanadę rowerem: Bezkres Ontario.


Po Wielkanocnych atrakcjach ruszamy w górę mapy - na północny zachód. Gdzieś tam w trasie dzień zaczął się pięknie ale tutaj aura potrafi zmienić się w ciągu kilku minut. Nadchodzi deszcz, więc w Beeton wjeżdżamy pod dach remizy strażackiej, by założyć odzież przeciwdeszczową i uzupełnić zapasy wody. Szef placówki właśnie skończył odprawę i przygotowuje się ze swoim zespołem do wyjazdu ale żywo zainteresowany naszymi osobami i ekwipunkiem znajduje czas na krótką rozmowę. Obdarowuje nas również kilkoma butelkami mineralnej wody i pamiątkowymi naszywkami strażackimi. Jeszcze tylko krótki przegląd strażackich wozów, szybka sesja zdjęciowa i wracamy na drogę.

czwartek, 18 maja 2017

Przez Kanadę rowerem: Ci wspaniali Kanadyjczycy!

Minął już miesiąc a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Z podziwu dla Kanadyjczyków.

Wspominałem już wcześniej, że na każdym kroku zaznajemy ogromnej życzliwości i gościnności. Nie tylko od osób, z którymi wcześniej mieliśmy zaaranżowane spotkania ale również od osób, z którymi los całkowicie przypadkowo skrzyżował nasze ścieżki. Zaczęliśmy żartować, że jak nadal będzie się tak działo i będziemy przyjmować zaproszenia od wszystkich, to półrocznego okresu przewidzianego na całą wyprawę nie wystarczy nawet na przejechanie samego Ontario 😀. Niezmiernie inspirujące jest to, że z każdego spotkania wynosimy coś wartościowego. I nie mam tu na myśli dóbr materialnych ale duchowe lub po prostu wiedzę w obszarach do tej pory mam nieznanych. Ta rowerowa wyprawa odkryła przed nami całkiem nowe oblicze podróżowania. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takich doświadczeń. To coś niesamowitego!

środa, 19 kwietnia 2017

Przez Kanadę rowerem: Mennonici i Wielkanoc jak w domu.

Szereg poznanych osób namawiało nas do wizyty w Kitchener i okolicach. Osiedliła się tutaj znacząca grupa Mennonitów. To chrześcijańska społeczność wyznaniowa zaliczana do protestantyzmu. Swoje korzenie wywodzi z Holandii. W Polsce obecnie trudno się na nich natknąć. Mimo, że liczbę gminy mennonickiej w Kanadzie szacuje się na ok. 150 tys. wyznawców, z racji swych bardzo hermetycznych zachowań społecznych, wciąż dla przeciętnego Kanadyjczyka stanowią oni zagadkę. Mając w zasięgu ręki możliwość co najmniej zaobserwowania członków tej zamkniętej wspólnoty postanowiliśmy zatrzymać się gdzieś pomiędzy Kitchener, St. Jacob's a Elmira. Pierwszy kontakt z Mennonitami następuje przed miejscowością Elmira. Zauważamy dom, przed którym zaparkowane są wyłącznie czarne powozy z czarnymi końmi. To, biorąc pod uwagę współczesne czasy, jest raczej pewnym ewenementem. I dla osoby "z zewnątrz" swego rodzaju ciekawostką.

środa, 12 kwietnia 2017

Przez Kanadę rowerem: Początki na kanadyjskiej ziemi.

No i zaczęła się przygoda... Za nami przelot do Warszawy. Od 6 godzin jesteśmy poza domem. W porcie lotniczym Okęcie oczekujemy na kolejne połączenie. To zaledwie ułamek odległości, którą musimy przebyć drogą powietrzną by dotrzeć do Kanady ale czujemy niepokój i obawy o bagaż. Konkretnie o rowery, które leciały ze Szczecina, będąc zapakowane w kartony.
Stąd za 4 godziny kolejny lot. Tym razem już do Toronto, z międzylądowaniem i zmianą samolotu w Amsterdamie. Jak wyglądać będą kartony a co bardziej istotne - jaki będzie stan techniczny znajdujących się w środku rowerów po kolejnych dwóch samolotowych załadunkach i wyładunkach? Wiadomo, że obsługa lotnisk nie "certoli" się z bagażami ale tak wyglądających opakowań po zaledwie 55 minutach lotu i przebyciu jakichś 500 km się nie spodziewaliśmy 😱. Po pieczołowitym zabezpieczeniu uszkodzeń kartonów przy pomocy taśmy otrzymanej w punkcie reklamacji bagaży, nieco zaniepokojeni idziemy spocząć gdzieś na krzesełkach.

czwartek, 30 marca 2017

Przez Kanadę rowerem: Słowo wstępu

Dlaczego Kanada? Wybór nie był zupełnie przypadkowy. Uważana za jedno z najlepszych miejsc do życia, jest drugim pod względem powierzchni (po Rosji) państwem na świecie. Jej terytorium leży w 6 różnych strefach czasowych. Zapobiegawcza polityka państwa w zakresie ochrony środowiska, rozległe przestrzenie i urozmaicone ukształtowanie terenu stwarzają sprzyjające warunki bytowania i rozwoju dla wielu gatunków dzikich zwierząt - w tym dla sporej populacji dużych ssaków jak niedźwiedź brunatny (grizzly) i niedźwiedź czarny (baribal). Kanada godzi przeróżne gusta. To miejsce dla miłośników tak zimna jak i upałów, dla kochających lasy/jeziora i dla miłujących widoczne aż po horyzont płaskie przestrzenie, dla amatorów zarówno surfowania po oceanicznych falach jak i wspinaczki po stromych, skalistych zboczach. To miejsce dla wszystkich. Wraz z małżonką szczerze wierzymy, że zmierzenie się z tym ogromem wzbogaci nasze postrzeganie życia o nowe wartości.

Pomysł przemierzenia Kanady na rowerach narodził się jakieś pół roku temu po naszej pierwszej wyprawie rowerowej, kiedy to objeżdżaliśmy Niemcy. Tamta trasa liczyła sobie 1740 km. Refleksja po jej ukończeniu była prosta - jeśli daliśmy radę przez 1740 km, nic nie stoi na przeszkodzie by spróbować to potroić 😀. Główny cel tej wyprawy to dotrzeć do zaplanowanego punktu, czyli zachodniego wybrzeża wyspy Vancouver, która leży nad Oceanem Spokojnym. Kolejny to podszlifować zdolności językowe. I ostatni - w trakcie interakcji z miejscową ludnością zapoznać się z charakterystyką codziennego życia, by móc pokusić się o porównania z warunkami życia u nas w kraju.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Dookoła Niemiec na rowerze.

Kilka lat namawiania przez żonę do zakupu rowerów i kilka lat moich wymówek, że: nie mamy miejsca na składowanie, że garaż nie ukończony, że nie wiadomo jaki ten rower kupić, bo podaż teraz ogromna a my się na tym nie znamy itd., itd… Cóż..., szkoda tych minionych lat 😕. W tym roku dojrzałem. Zapadła decyzja – kupujemy rowery. Na początek pożyczyliśmy na kilka dni od członków rodziny ich rowery by sprawdzić, czy połkniemy rowerowego bakcyla. Były to rowery, które z wyglądu wpadły mi u nich dawno temu w oko i w oparciu o te rowery zamierzałem dokonać zakupu dla nas. Jednak już po pierwszej, wcale niedługiej przejażdżce plany zostały zweryfikowane. Nie takich rowerów szukaliśmy. Zaczęło się przeczesywanie otchłani internetu. W poszukiwaniu rowerów nie za drogich i nie za tanich, wygodnych, wytrzymałych, posiadających dobre opinie i umożliwiających długie wyprawy bez jakichkolwiek modyfikacji. Czyli "wszystko-mające". Zasada - siadaj i jedź. Wybór padł na wyroby naszego krajowego producenta, bydgoskiego Unibike. Wybraliśmy model Expedition (męski i damski). Przy naszych problemach z kręgosłupami (szczególnie żony - usunięte dwa dyski w części lędźwiowej) wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Był kwiecień…

Dysponowałem niewielkim doświadczeniem rowerowym a przy tym bardzo odległym. Ostatnim jednośladem na którym jeździłem był Wigry 2. To bardzo popularny swego czasu rower, tzw. "składak". Niestety, został skradziony w czasie, gdy kończyłem „podstawówkę” (8-letnia szkoła podstawowa). Fakt ten miał miejsce ponad 30 lat temu 😲...

Oczywiście umiejętności jazdy na rowerze się nie zapomina ale co innego, jeśli chodzi o wydolność organizmu. Po zakupie rowerów zaczęliśmy więc delikatne jazdy na dystansach 8-10 km „w koło komina”. Potem kilka trochę dłuższych 25-30 km – na działkę rodziców, do znajomych. W głowie powoli powstawał pomysł jakiejś dłuższej wyprawy. W międzyczasie kompletowaliśmy sprzęt – sakwy, zabezpieczenia rowerów, liczniki, ochraniacze na buty, okulary, rękawiczki, zestawy naprawcze itd. Pomysły na wyjazd powstawały i … upadały. Miał być przejazd wzdłuż polskiego wybrzeża, miała być wyprawa do Santiago de Compostela. Ostatecznie jednak z uwagi na nie przewidziane wydarzenia (m.in. najazd samochodem przez jedną panią na moją skromną osobę jadącą rowerem i związane z tym dolegliwości natury medycznej i prawnej) urodził się plan przecięcia Niemiec i powrotu do domu wzdłuż ich zachodniej i północnej granicy. Mieliśmy przekroczyć dystans 2 000 km. Tak też się stało. Z małą korektą – ostatecznie nasza trasa liczyła 1 740 km. Najkrótszy dzienny odcinek to 48 km (góry), najdłuższy – 152 km.

niedziela, 14 września 2014

Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu. Cz. 2. - wybrzeża i interior.

Wymiana samochodów, przepakowywanie klamotów, tankowanie paliwa i przejazd zabiera nam tyle czasu, że do następnego zaplanowanego miejsca docieramy już po północy. Jesteśmy na drodze nr 425 w południowej części półwyspu Reykjanes. Noc spędzamy na zupełnie pustym parkingu w pobliżu popularnej atrakcji w tym rejonie – mostu międzykontynentalnego.

Pokryty lawą półwysep Reykjanes leży na styku krawędzi płyt tektonicznych. W tym miejscu napierają na siebie płyty północnoamerykańska i euroazjatycka. Most o długości 15 m zwany po islandzku Miðlína (można też natknąć się na angielską nazwę Leif the Lucky's Bridge - Most Leifa Szczęściarza) przebiega w poprzek linii styku obu płyt, "łącząc" ich krawędzie. Płyty tektoniczne nieustannie dryfują, co powoduje, że każdego roku oddalają się od siebie o 2 cm.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Islandia - przemierzyć krainę ognia i lodu. Cz. 1. - Fiordy Zachodnie.

Odkrywanie uroków Islandii miało stanowić odskocznię od wyjazdów w popularne miejsca turystyczne, przyciągające rzesze ludzi oraz ukojenie od fali upałów, które od jakiegoś czasu męczyły całą Europę. Dotrzeć na wyspę można na dwa sposoby: promem z Wlk. Brytanii czy Danii (z małą przerwą na Wyspach Owczych lub bez przerwy).
mapka przerobiona. Oryginał wykonał Adam Pękalski
Prom to opcja dla: 1. osób z grubszych portfelem lub 2. osób udających się własnym samochodem lub 3. osób, którym nie zależy na czasie (rejs trwa 3 dni). Wybór takiej formy transportu jest o tyle ciekawy, że podczas postoju na Wyspach Owczych można sobie zakątki tego niewielkiego skrawka lądu na Morzu Północnym objechać rowerem czy samochodem. Druga z możliwości dotarcia na Islandię, tańsza, to samolot. Połączenia bezpośrednie na lotnisko międzynarodowe w Keflaviku wykonuje m.in. przewoźnik Air Berlin z berlińskiego lotniska Tegel. Już po naszym powrocie z Islandii bezpośrednie przeloty zostały także zainaugurowane z Gdańska.